Re: Nowa Książka o Pile
: 08 lis 2017, 12:17
Elżbieta Czechowska. Lekarz hematolog. Niespokojny duch . Absolwentka Szkoły muzycznej I i II stopnia w klasie altówki. Członek Polskiej Orkiestry Lekarzy. Czytając opowieści Elżbiety Czechowskiej, która pracuje dziś w klinice Ars Medical jestem pewien, że owo ars od dawna wpisane było w życie Autorki. Nie można oprzeć się i takiemu wrażeniu, że Elżbieta Czechowska jest pazerna na życie, ba wie że żyje jego pełnią wtedy, gdy jest ciężko, gdy trzeba godzić ogień z wodą, gdy różnych powinności nie można ze sobą połączyć, ale trzeba to zrobić.; Elżbieta Czechowska jawi się w swych tekstach jako specjalistka od rozwiązywania kwadratury koła.
Agnieszka Matusiak tak zaczyna swą opowieść: „Tak na początek – nie jestem pilanką z urodzenia, ale z wyboru. Urodziłam się gdzie indziej, gdzie indziej wychowywałam. Jednak z Piłą związana już jestem ponad 30 lat i tu jest mój dom i moja rodzina”. Ale zaraz później o obcości w ogólniaku, o rolniczych studiach i poszukiwaniu pracy, wreszcie o telewizji. Najpierw Astra, a później Asta-Net. O twórcach tej telewizji, o jej gościach, o osobach z konkurencji. O dziennikarskich autorytetach, przy których zdobywała kolejne stopnie wtajemniczenia. A później Agnieszka pisze o swoim odejściu z telewizji, o tym, że jest ona jej dzieckiem, któremu życzy jak najlepiej. I pisze jeszcze: „To były wspaniałe czasy, kiedy nauczyłam się żyć, poznałam wielu wspaniałych ludzi, mogłam być – przez te kilkanaście lat – w centrum życia miasta i regionu.”. I to jest pewna prawda pod którą wielu czytelników może się podpisać. Prawda o obcości i jej przezwyciężaniu. O tym, że lata wcześniejsze z ich smakiem porażek i sukcesów były ważne i potrzebne.
Katarzyna Olter, jako fotograf obecna w pierwszych dwóch tomach pilskiej sagi, teraz chwyta za pióro, by opowiedzieć o swym niełatwym dzieciństwie, o bracie Jacku, którego miała za mało. Który odszedł, ale z którym nie rozstała się nigdy. O cierpieniu i zdolności do radości z kruchych chwil beztroskiego dzieciństwa. Jest w tym opowiadaniu prawda, szczerość, rodzaj pogodzenia się i niezdolność do zapominania. Wręcz przeciwnie: odległość czasowa każe pamięci pielęgnować wspomnienia. No i egzotyka miejsc. Ciekaw jestem ilu pilan wie gdzie jest ulica Dworzec Celny, gdzie były pola irygacyjne, ilu pilan wie gdzie była „zeimnaczanka”
Angelika Zygmunt – przywołuje czasy, które odeszły w przeszłość. Czasy kiedy Przedsiębiorstwo Poszukiwań Nafty i Gazu było potęgą na lokalnym rynku pracy Czasów gdy kilkaset rodzin żyło latami na wiertniach rozrzuconych na terenie Polski Epoki kiedy oddawano do użytku całe kwartały miasta. Osiedla na Łącznej i Śniadeckich, przy Bydgoskiej czy Matwiejewa. Jej rodzina należała do szczęśliwców, którzy kończą z koczowniczym trybem życia i osiedlają się w naszym mieście. A Angelika Zygmunt wrasta w Piłę. A jej opowieść jest laboratoryjny opisem tego stopniowego wrastania. Najpierw wytęsknione mieszkanie. Później podwórko i zabawy rówieśnikami, następnie kolejne szkoły. A efektem jest parafraza piosenki Dżemu: Życie piękne jest tylko w Pile.
. Paweł Dahlke w przeszłości znajduje utraconą arkadię. Być może dlatego, że na swym życiowym koncie ma więcej i bardziej różnorodnych doświadczeń. Kształtowała Pawła działalność społeczna w szkole, funkcja wiceprezydenta Piły, działalność w Radzie miasta, praca z młodzieżą w charakterze wykładowcy akademickiego w PWSZ w Pile. Te doświadczenia na pewno sprzyjają, by jako wartość szczególną traktować beztroskie lata młodzieńcze. Stąd chętnie pielęgnuje w pamięci zapach wilgoci łąk nad Gwdą, bloków, w których wszyscy mieszkańcy byli albo rówieśnikami, albo ciociami i wujkami. Dlatego tamte przyjaźnie trwają realnie do tej pory.
Agnieszka Matusiak tak zaczyna swą opowieść: „Tak na początek – nie jestem pilanką z urodzenia, ale z wyboru. Urodziłam się gdzie indziej, gdzie indziej wychowywałam. Jednak z Piłą związana już jestem ponad 30 lat i tu jest mój dom i moja rodzina”. Ale zaraz później o obcości w ogólniaku, o rolniczych studiach i poszukiwaniu pracy, wreszcie o telewizji. Najpierw Astra, a później Asta-Net. O twórcach tej telewizji, o jej gościach, o osobach z konkurencji. O dziennikarskich autorytetach, przy których zdobywała kolejne stopnie wtajemniczenia. A później Agnieszka pisze o swoim odejściu z telewizji, o tym, że jest ona jej dzieckiem, któremu życzy jak najlepiej. I pisze jeszcze: „To były wspaniałe czasy, kiedy nauczyłam się żyć, poznałam wielu wspaniałych ludzi, mogłam być – przez te kilkanaście lat – w centrum życia miasta i regionu.”. I to jest pewna prawda pod którą wielu czytelników może się podpisać. Prawda o obcości i jej przezwyciężaniu. O tym, że lata wcześniejsze z ich smakiem porażek i sukcesów były ważne i potrzebne.
Katarzyna Olter, jako fotograf obecna w pierwszych dwóch tomach pilskiej sagi, teraz chwyta za pióro, by opowiedzieć o swym niełatwym dzieciństwie, o bracie Jacku, którego miała za mało. Który odszedł, ale z którym nie rozstała się nigdy. O cierpieniu i zdolności do radości z kruchych chwil beztroskiego dzieciństwa. Jest w tym opowiadaniu prawda, szczerość, rodzaj pogodzenia się i niezdolność do zapominania. Wręcz przeciwnie: odległość czasowa każe pamięci pielęgnować wspomnienia. No i egzotyka miejsc. Ciekaw jestem ilu pilan wie gdzie jest ulica Dworzec Celny, gdzie były pola irygacyjne, ilu pilan wie gdzie była „zeimnaczanka”
Angelika Zygmunt – przywołuje czasy, które odeszły w przeszłość. Czasy kiedy Przedsiębiorstwo Poszukiwań Nafty i Gazu było potęgą na lokalnym rynku pracy Czasów gdy kilkaset rodzin żyło latami na wiertniach rozrzuconych na terenie Polski Epoki kiedy oddawano do użytku całe kwartały miasta. Osiedla na Łącznej i Śniadeckich, przy Bydgoskiej czy Matwiejewa. Jej rodzina należała do szczęśliwców, którzy kończą z koczowniczym trybem życia i osiedlają się w naszym mieście. A Angelika Zygmunt wrasta w Piłę. A jej opowieść jest laboratoryjny opisem tego stopniowego wrastania. Najpierw wytęsknione mieszkanie. Później podwórko i zabawy rówieśnikami, następnie kolejne szkoły. A efektem jest parafraza piosenki Dżemu: Życie piękne jest tylko w Pile.
. Paweł Dahlke w przeszłości znajduje utraconą arkadię. Być może dlatego, że na swym życiowym koncie ma więcej i bardziej różnorodnych doświadczeń. Kształtowała Pawła działalność społeczna w szkole, funkcja wiceprezydenta Piły, działalność w Radzie miasta, praca z młodzieżą w charakterze wykładowcy akademickiego w PWSZ w Pile. Te doświadczenia na pewno sprzyjają, by jako wartość szczególną traktować beztroskie lata młodzieńcze. Stąd chętnie pielęgnuje w pamięci zapach wilgoci łąk nad Gwdą, bloków, w których wszyscy mieszkańcy byli albo rówieśnikami, albo ciociami i wujkami. Dlatego tamte przyjaźnie trwają realnie do tej pory.